„Polityka", czyli ból i cierpienie


Przedwczoraj byłem na „Polityce”. Gdybym miał zacząć omawiać poszczególne bolączki tego filmu takie jak brak warsztatu, zły scenariusz, nielogiczności, szarpana narracja, fabuła rozmyta w chaosie, nieadekwatna muzyka, nieatrakcyjna praca kamery, nieznajomość złożoności relacji międzyludzkich, pośpiech w dochodzeniu do sytuacji, które mogą się wydarzyć dopiero po dość długich i rozbudowanych wątkach, najobrzydliwsze sceny seksu, jakie kiedykolwiek zaistniały w polskim kinie czy szycie bardzo grubymi nićmi w wielu momentach, to doszedłbym do kilku stron, a nadal nie udałoby mi się zawrzeć całej rozpaczy tkwiącej w tym filmopodobnym tworze. Nawet już nie będę się pastwił nad faktem, że ¾ filmu to próba utworzenia grupy rekonstrukcyjnej polskiego rządu, ani nad grą aktorską, szczególnie Grabowskiego, który w „Polityce” jest straumatyzowaną i zblazowaną wersją Ferdynanda Kiepskiego. Zamiast tego po prostu trochę Wam opowiem o moich wrażeniach, ale nim to, postaram się wskazać jakieś plusy tego koszmaru.
No więc plusy widzę trzy. Pierwszy plus to scena, gdy Misiewicz zatrzymuje się w korku i mówi do oficera ŻW „Żadnego szacunku! Powinniśmy jeździć czołgiem.”. To chyba najciekawszy moment w filmie, bo można się chociaż uśmiechnąć. Reszta to nuda i cierpienie. Kolejny plus to scena gwałtu zbiorowego narodowców na jednej z bohaterek. Plus w takim sensie, że trochę mnie to obudziło, bo zawsze mnie bolą takie sceny i wywołują strach związany z myślą, że mogłoby się to przydarzyć komuś, kogo znam. Trzeci i największy plus jest taki, że większość moich towarzyszy niedoli (albo i nie, bo inni raczej nie narzekali) to osoby starsze. Widać, na szczęście, młodzi ludzie nie dali się jeszcze na tyle otumanić, żeby dołączać do aktów tożsamościowych któregoś z dwóch plemion zamieszkujących nasz kraj.
Tak naprawdę trudno mi jest powiedzieć, o czym jest ten film. Jego 2/3 to mniej lub bardziej fabularyzowane historie postaci bardzo zbliżonych swoim wyglądem i swoimi historiami do Szydło, Misiewicza, Pięty, Rydzyka i Kaczyńskiego. Z tym że właściwe historie Ojca dyrektora i Prezesa są w większości fabularyzowane (Ojciec dyrektor chce zrobić urodziny Stalina rękami Antify, a Prezes (lotem błyskawicy!!!!) zaprzyjaźnia się ze swoim masażystą). To wszystko jest straszliwie nudne i niepotrzebne, bo albo to znamy, albo jest to nieciekawe i przewidywalne jak jasna cholera.
Reszta, czyli ostatnia część, posiada najwięcej fabuły i jest najbardziej znośna. Chodzi w niej o to, że kierowca staranowany przez kolumnę premierki, startuje z partii bardzo podobnej do PO, dostaje się do Sejmu, wygłasza przemowę jako marszałek senior i pokazuje swoje cztery litery zebranym.
Tutaj film serwuje nam przemowę, która miała być jakimś takim dzwonem na trwogę albo odwołaniem się do obywatelskiej odpowiedzialności widzów. Pomijając fakt, że nawet Paweł Kasprzak napisałby bardziej ambitne przemówienie, należy stwierdzić, że jest ono tak de facto o niczym, bowiem nawet jeżeli ta mowa miała być iskierką nadziei, to cały film pokazuje, że wszystko jest do dupy i z tej dupy nigdy nie wyjdzie, bo nawet jak znajdzie się ktoś taki jak Stefan, czyli typ od samochodu, to podrą mu jego spisany na kartce program i powiedzą, że trzeba być sprytnym i w ramach tego sprytu, można na przykład zdefraudować pieniądze, które idą na materiały wyborcze. Także ten film jest zasadniczo o tym, że jest źle i nadal będzie źle, bo nic się nie da z tym zrobić. Prawdopodobnie nie o to chodziło, gdyż ta końcowa mowa miała być jak deus ex machina, ale że z Vegi taki dramaturg/scenarzysta jak ze mnie malarz to po prostu nie wyszło.
Nie wiem też, jaką prawdę odkrywa przed nami Vega. Że Kamiński ma kontrolę nad służbami i dzięki temu może pozyskiwać informacje o różnych osobach? Że Misiewicz oferował ludziom stanowiska na dyskotece? Czy może, że Szydło była figurantką? Dodam tylko, że wszystko to jest okraszone niepokojącą muzyką, jakbyśmy oglądali zebranie loży masońskiej albo innych Repitilian.
Żeby trochę ubarwić tę recenzję, napiszę wam o dwóch bardzo pysznych smaczkach.
Otóż oprócz tego braku sensu musimy się także zmagać z różnymi głupotami i niespójnościami, które najbardziej ujawniają się w historii postaci zbliżonej do Rydzyka. Otóż owe imieniny Stalina – o których pisałem wcześniej – ma zorganizować antifiarz, który uprzednio zakolegował się i zgwałcił dziewczynę będącą prowokatorką Ojca dyrektora. Ta przychodzi do niego z księdzem udającym członka włoskiej partii komunistycznej i proponują mu kwotę 10 000 złotych za zrobienie tych imienin. Ten, bez większego wahania się zgadza.
I teraz najciekawsze: w poprzedniej scenie bohaterka mówi, że ten antifiarz jest ideowcem i nie da się przekupić. Tak więc albo Vega ma straszliwie słabą pamięć i podczas pisania nie pamięta, co było stronę wcześniej albo sugeruje, że Antifa czci Stalina lub przynajmniej nie ma z tym problemu.
Drugi smaczek to scena, gdy postać podobna do Szydło wysiada z samochodu, żeby porozmawiać z mężem. Dzieje się to w środku nieprzychylnej manifestacji. Jednak nasza uwaga nie skupia się na pierwszym planie, gdzie była premierka ściska się ze swoim mężem, ale na drugim planie, czyli na manifestantach. Statyści, którzy odgrywają tłum demonstrantów, są niesamowicie źle animowani. Wszyscy jak jeden mąż dziwnie machają rękoma i coś tam burczą pod nosem w ogóle nie w takt domontowanego w postprodukcji okrzyku „konstytucja”. Gdyby oni byli jeszcze choć trochę bardziej oddaleni albo ciut rozmazani… ale nie są i dzięki temu wygląda to okropnie sztucznie i po prostu komicznie.
Prawda jest taka, że Patryk Vega to rzemieślnik i biznesmen, nie artysta. Artystą jest Smażowski, artystą był Wyspiański, który sto lat temu pokazał prawdę o ówczesnym społeczeństwie, polityce i politykach. Vega to człowiek interesu, który jest sprawny w monetyzowaniu. Była koniunktura to nakręcił, a teraz będzie opowiadał, jak go cenzurują i hejtują PiSowscy trolle, tacy jak ja. Oczywiście robi to po to, żeby na film poszło jeszcze więcej ludzi. Vega może nie jest dobrym reżyserem, ale sprawnym marketingowcem – na pewno.
Tak więc naprawdę, nie idźcie na ten film. wystarczy, że zobaczycie sobie streszczenie Mietczyńskiego, które jest jak najbardziej rzetelne i obiektywne. Nie ma co marnować nerwów i pieniędzy na słabych reżyserów.
A na koniec taka refleksja: fajnie, że dużo ludzi stara się pokazywać, że polityka wcale nie musi być ohydna, brudna i skorumpowana, że można iść do niej po to, żeby faktycznie zrobić coś dobrego. Szkoda tylko, że przyszedł sobie taki Vega i zrobił głośny film o tym, że polityka to cuchnące łajno, a każdy polityk jest wcieleniem zła. Dzięki Patryk!

______________
Autor grafiki: Peri Priatna z Pixabay


Komentarze

Popularne posty