(Wy)czucie



Uff, dawno mnie nie było! Tęskniliście? Nie no, wiem, że prawie nikt tu nie zagląda. Tak bywa. Długo mnie nie było, bo studia wciągają, ale jako że już po sesji, to można coś napisać z postanowieniem, że od teraz będzie regularnie. W miarę. Dziś przychodzę do Was z 1917" i pewnym przemyśleniem, które na jego podstawie skrystalizowało się w mojej głowie. Bo tak właściwie... jak powinno się odbierać sztukę?

Ale zacznijmy od początku. Na rzeczonym filmie byłem w czwartek. Zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Muszę jednak przyznać, że jest to wrażenie dość dziwne. Może nie zaskakujące, ale inne, niż to, do którego przywykłem. Zazwyczaj oceniam sztukę przede wszystkim przez pryzmat przekazu, który z niego wypływa czy też dyskusji, jaką wzbudza, czy potencjalnie może wzbudzić. Tutaj jednak jest inaczej. W 1917" najbardziej urzeka estetyka i immersja.

Trzeba Wam wiedzieć, że jest to film specyficzny. Nie chodzi w nim o fabułę, bo ta jest raczej szczątkowa, co jest jak najbardziej zamierzonym działaniem. W całym filmie jest tylko jedno oficjalne cięcie". Oczywiście pełno jest szwenków*, ale trudno, żeby było inaczej. Tak czy siak, film wygląda jak balet, jak ogromny teatr, w którym wszystko jest obliczone co do sekundy. Od samego początku do pewnego wydarzenia i od tego wydarzenia do samego końca cały czas podążamy za bohaterami. Jesteśmy w środku wojennego zniszczenia, pośród błota, drutu kolczastego i wszędobylskiej śmierci. Śmigają nam kule nad głową, gdy razem z bohaterem biegniemy poprzez zniszczone miasto oświetlone łuną pożaru i przelatujących rac. Jesteśmy urzeczeni całym tym pozornym wykalkulowaniem, tym zgraniem się wszystkiego, chcąc uwierzyć, że rzeczywiście oglądamy teatr, że jesteśmy w środku gry komputerowej i tak się wczuliśmy, że zapominamy o myszce i klawiaturze, bo liczy się tylko to, co przed nami, a słowem-kluczem jest właśnie estetyka. Świetne zdjęcia, szwenki zamiast cięć i niesamowita scenografia.

Na kanwie tego chciałbym Wam powiedzieć, że ja tak w ogóle mam czasem wrażenie, że ten cały przekaz można, a nawet czasem trzeba odrzucić i po prostu popłynąć. Niekiedy tak robię. Kładę się na tafli czytanej książki, słuchanej muzyki, czy oglądanego filmu i powoli sobie dryfuję, kontemplując samo uczucie. Nie myślę o interpretacji, o przekazie. Po prostu czuję i to mi wystarcza.

Myślę, że to dobre podejście. Nie żeby robić tak z lenistwa, bo interpretowanie jest fajne i potrzebne, szczególnie gdy chcecie porozmawiać z kimś o tym, co widzieliście/czytaliście albo po prostu macie ochotę jakoś bardziej w to wejść, ale czasem można pozwolić sobie na taką medytację. Bez interpretacji, bez przekazu, po prostu samo czucie sztuki i przyjemność obcowania z nim.

Dobrze jest to ćwiczyć, dobrze jest czasem się w tym zagubić.

Polecam.

I koniecznie zobaczcie „1917"!

*Szwenk to kadr, w którym można zrobić cięcie tak, żeby nie było go widać, np. gdy kamera przechodzi przez drzwi i na chwilę obraz jest całkowicie zaciemniony. 





Komentarze

Popularne posty